tsblog

Perypetie domowe

Przydał się!

Brak komentarzy

Ha, kiedyś chyba ktoś pytał – po co ten blog. Zresztą – sam siebie czasem pytałem :-)

I okazało się, że się przydał. Kolega ma problem i chciał się dopytać o mediacje – jak to było, kto i jak decydował o nich i tak dalej.
I żeby nie ten blog, to bym nie pamiętał :-)
Pomogłem dzięki blogowi :-D

W końcu doczekałem się odpisu ugody podziału majątku :-) 10 miesięcy czekałem :-)

Minus taki, że koszty postępowania oszacuje jakiś referendarz i trzeba będzie zabulić :-(

Zmiana tematu.

Jak pisałem bodajże we wrześniu, eks (poza sądem) zażądała wyższych alimentów, a ja zgodziłem się dopłacać co miesiąc pewną kwotę. Mniejszą niż chciała, taką jaką uznałem za stosowne. Po prostu żeby nie ciągać się po sądach. Zgodziła się.

I co miesiąc jednym przelewem wysyłałem alimenty, drugim ustaloną kwotę. Tak też zrobiłem w tym miesiącu.

Teraz pyk, powiadomienie, że dostałem e-maila. Sprawdzam i mniej więcej „dlaczego nie zapłaciłeś extra kasy? Mam już gotowy wniosek o zwiększenie alimentów do sądu”. Myślę sobie, coś źle przelałem? A tu dosłownie 10 minut później „OK, doszły”.

Prawie zabawne…

Jak już pisałem zainteresowałem się bieganiem i wciągnąłem w to K.

Niedawno miały być organizowane w naszym mieście takie „mini zawody” dla małych dzieci propagujące ten rodzaj aktywności. Z jednej strony fajnie, że ktoś coś próbuje robić, z drugiej – organizowanie w październiku takiego biegu dla dzieci to trochę chybiona idea…

W komitywie z K poprzestawialiśmy terminy moich widzeń z M bo „mama nie jest zainteresowana”, więc chciałem ja z M pobiec. To dla takich małych dzieci miało być tylko 100 metrów, ale frajda dla smyka olbrzymia.

No i jak się okazało idea organizacji w październiku była chybiona bo w ostatniej chwili odwołano, akurat wtedy nad Polską przechodziły gwałtowne burze. Oficjalny komunikat „może jeszcze będzie, a może nie”, tak mniej więcej :-)

 

Tak się składa, że w wielu miastach Polski, w moim również, z okazji Święta Niepodległości organizowane są okolicznościowe biegi. I od jakiegoś czasu zapisany jestem ja, S i K. No i pech chciał, że ten bieg dla dzieci ktoś postanowił podpiąć pod nasz bieg, tyle, że pół godziny wcześniej. Wyklucza to niestety aby pobiegł ze mną, bo przecież go potem nie mam z kim zostawić. Więc sprzedałem K temat, żeby mama zabrała M na ten bieg. Odpowiedź: „mama powiedziała, że może przyjdzie, jeśli nie będzie miała innych planów”. Szlag mnie trafia jak coś takiego słyszę, w dzień wolny będzie miała jakieś ważniejsze rzeczy do zrobienia niż sprawienie radości własnemu dziecku?

 

Kilka dni temu M mnie rozczulił, a to trudne ;-) Mianowicie w czasie wizyty u mnie w trakcie zabawy spytał „a S przyjdzie?”. Odpowiedziałem, że jest zajęta, ma swoją córkę i musi z nią pobyć. Na to M „to może my pojedziemy?”. Zadzwoniłem do S i od razu dałem M do słuchawki. „Sesć, psyjdzies do nas? A dlacego? A tata mi kupił stałosa, wies?”. I tak dalej… Przyjemnie się takich rzeczy słucha, wielką radość mi sprawia, że zarówno K jak i M akceptują w całej rozciągłości moją partnerkę.

 

 

Ale żeby nie było za różowo i słodko, wpadła też łyżka dziegciu.

Mianowicie jak odwoziłem M do domu dwa dni temu, zaczął mówić coś o bieganiu i pieniążkach. Nie wiedziałem na początku o co mu chodzi, w końcu udało się dogadać, że ma na tablecie grę, co „pan biega i zbiera pieniąski”. I nagle M mnie rozwalił: „mama nie pozwala brać tableta do ciebie, denerwuje się i krzyczy”. Zmieniłem temat bo zaczynał wpadać w płaczliwy ton, ale zrozumiałem, że chce czasem brać zabawki czy tablet do mnie, ale ona mu nie pozwala. Z jakiego powodu? Nie wiem, ale cisną mi się niecenzuralne „bo ona jest po***na”.

 

Ale ogólnie dodając plusy życia i minusy – jestem na plusie :-D

Ech…

Brak komentarzy

Wczoraj K i M byli u mnie.

Wiadomo jak to jest, wygłupy, zabawa, mieszkanie jak po tornadzie po ich wizycie, do czego przykłada się głównie M ;-)

Wczoraj jednym z punktów wizyty chłopaków była instalacja systemu i oprogramowania na komputerze K, co wiązało się z koniecznością uważania, bo mało, że komputer stoi to jeszcze porozciągane kable. Ja generalnie mam „wywalone”, dałem do zrozumienia K, że to jego komputer i ma tak postawić, żeby M nic nie zmalował, bo będzie potem szloch i lament.

Ale wiadomo – K olał, M szalał. Na szczęście nic się nie stało, czasem K musiał krzyknąć na M. M jak to on – strzelał focha a i zdarzyło się, że zagniewany próbował K dokuczyć w inny sposób, chociażby go kopiąc. Nie pomagało tłumaczenie, K więc pytał czy dać w tyłek. M potwierdzał, więc K lekko go klepnął. M na to „nic nie bolało” i dalej kopał K. Ode mnie też raz lekko klapsa zaliczył, zresztą – sam się odwracał… Więc K znów dał klapsa. „Nic nie bolało”. Nie interweniowałem, bo nie było to mocne, bardziej wygłupy niż karcenie. Aż w końcu M poczuł, że to jednak już nie żarty no i łezki pociekły…

Dziś zaglądam do e-maila a tam pisemko od eks. Że M jest w takim wieku, że należy rozmawiać a nie podnosić rękę. Najpierw zdziwienie „a kiedy był/będzie w wieku kiedy podniesienie ręki będzie OK”, potem „ale o co kaman”. Generalnie pismo jak zwykle niegramatyczne i chaotyczne, ciężko sens zdania czasem złapać, ale generalnie zrozumiałem, że chodzi o to, że rzekomo biję M. I mam porozmawiać z K. Tu się akurat zgodzę, bo widzę po K, że mimo, że pokroić by się dał za M to czasem nie zapanuje nad nakrzyczeniem na niego.

Odpisałem grzecznie, że rozmawiam i tłumaczę i nie przypominam sobie abym tak naprawdę podniósł na M rękę. Dodałem również, że skoro już porusza temat bicia, to M jest już w takim wieku, że powtarza co usłyszy. A powtarza mi wiele (nie napisałem co, niech się zastanawia, ale chodziło mi o „tata bije mamę”), więc albo mówi to przy nim i jest to robienie krzywdy dziecku i zniesławienie, albo mówi to jemu wprost i wówczas jest to robienie krzywdy M ale i zwykłe chamstwo i podłość. I jak ma rewelacje, które mi dziecko powtarza (nie wymyśliło sobie przecież tego, musiało usłyszeć od mamy) to niech z tym idzie do sądu zamiast kaleczyć kilkulatkowi psychikę.

Odpisała, że nic się w moim zachowaniu nie zmieniło.

Diecezja ciąg dalszy ;-)

2 komentarzy

Wczoraj dostałem list, z Sądu Diecezjalnego.

 

Eks powołuje dwóch świadków, spośród swoich znajomych. Jeden to dziewczyna (kobieta?), którą widziałem może z 5 razy w życiu, przelotnie. Drugi to inna kobieta, nawet nie mam pojęcia kto to taki :-)

 

Na szczęście dużo się w moim życiu dobrego dzieje, za sprawą M, K oraz S. Z synami mam świetny kontakt, częsty i myślę, że dobry. A z S? Trudno to opisać, ale jesteśmy ze sobą ponad rok i… jest pięknie.

Dziś miałem przesłuchanie w sądzie diecezjalnym w kwestii unieważnienia małżeństwa.

Wiecie, że to kosztuje u nas 1000 PLN na dzień dobry? Taka uboga jest moja eks.

Co do samego przesłuchania – pytania dotyczące całego okresu naszej znajomości. Przyczyny, powody, skutki, rodzina, pożycie, w sumie wszystko.

Odpowiadałem jak na spowiedzi (nomen omen…) bo co tu ukrywać?

Zapisano w papierach, że uważam eks za mitomankę, podałem szybkie przykłady, wskazałem też że w sądzie cywilnym mówi, że woda jest mokra a w diecezjalnym, że jest jednak sucha. Słabe są pisma i argumenty mojej eks.

Teraz znowu czekanie :-)

Tak czekałem, zaglądałem do skrzynki no i się doczekałem ;-)

Rok szkolny się zaczął, wydatki „wzrosły”, więc eks upomniała się o wyższe alimenty. Uzasadnienie oczywiście ogólnikowe, bo wzrosły wydatki na dzieci, bo trzeba coś kupić a ona się pod koniec miesiąca musi zadłużać.

Podjąłem bolesną, ale konieczną decyzję. Wraz z końcem września koniec z fundowaniem K i M wszelkich „nadprogramowych” atrakcji, koniec z przelewaniem kasy na konto K. Chcesz wystartować w biegu? Niech Ci mama da. Chcesz iść gdzieś z kumplami? Niech Ci mama da. Potrzebujesz nowe buty? Niech Ci mama da. Trudne i brutalne ale konieczne.

Poza tym przyszło wezwanie z sądu diecezjalnego na rozprawę dotyczącą unieważnienia ślubu kościelnego. „Stawiennictwo obowiązkowe”, heh. No to pójdę, chociaż nie wiem co byłoby jakbym się nie stawił. Klątwa? Trzy zdrowaśki?

16-go lipca, dokładnie w zasadzie miesiąc temu pisałem, że dostałem z sądu pismo, że odrzuca on wniosek eks o zwolnienie z kosztów jak i zażalenie na odrzucenie ;-)

Wczoraj znów awizo, poczta, okienko, nerwy.

Odbieram, otwieram. Sąd przesłał zażalenie z… marca. Czyli najpierw przysyła odrzucenie zażalenia, potem po miesiącu zażalenie.

Biurokracja ;-)

Tata bije mamę.

3 komentarzy

Żeby nie było za cudnie…

Dziś odebrałem M z przedszkola, cieszył się bo jutro udało mi się „porwać” go na cały dzień na wycieczkę do aquaparku.

Szybko jednak dobry humor prysł bo nagle M wypalił „nie wolno bić mamusi”. Spytałem kto mamę bije, odpowiedział „tata”.

Zdębiałem, spytałem skąd taki pomysł, odpowiedział, że „mama mi mówiła”.

Nie drążyłem tematu lekko zaszokowany tym co ona wyprawia. niespełna 4-latkowi wpaja takie rzeczy!

Niech sobie opowiada o mnie niestworzone rzeczy koleżankom, policji (co przecież robiła i jakoś dorosłych nie przekonała), ale małemu dziecku?

W domu nie dawało mi to spokoju, włączyłem nagrywanie w telefonie i spytałem go o to raz jeszcze. Może nie powinienem, ale chciałem mieć to utrwalone, a on powtórzył ponownie, że mama mu mówi, że tata ją bił.

Co robić? Do sądu przecież nie pójdę… A to już jest grube przegięcie.

Biegamy!

1 komentarz

Rok temu S, która biega, zaraziła mnie tą formą aktywności. Byłem jako widz na lokalnym corocznym biegu i… spodobało mi się, atmosfera, radość, jakaś więź międzyludzka.

Warunki zdrowotne nie pozwoliły jednak podjąć jakichkolwiek prób, zacząłem truchtać tak naprawdę w kwietniu tego roku.

W połowie czerwca wystartowałem w pierwszym biegu (w sumie z marszu pobiegłem), pod koniec czerwca w drugim i jakoś to poszło. Teraz śledzę wszelkie info o biegach w okolicy, tak mnie wzięło :-)

Co lepsze – jak K zobaczył pierwszy, potem drugi medal (nie, nie za podium, dostaje każdy kto ukończył) to się zaraził ;-) Wcześniej jak go namawiałem to „wolę rower”. Od mniej więcej miesiąca biegamy sobie regularnie po kilka kilometrów co 2-3 dni. I cieszy to, że on ciągle chce, nie zniechęca się, wręcz sam pyta kiedy znów biegamy.

I wczoraj ukończył ze mną i z S swój pierwszy w życiu bieg. Nie opiszę (i nawet nie będę próbował) radochy jaką miał jak dobiegł a na jego szyi zawisł wielki i ciężki medal. Tym bardziej, że to był bieg terenowy, po sporej ulewie.

Niestety, w tej całej radości jest też łyżka dziegciu. Spytałem czy mama przyjdzie na metę mu pokibicować. Powiedział, że nie ma ochoty się ze mną spotykać. Potem mi napisał, że mama „pogratulowała i tyle”. Za to M latał z medalem na szyi :-D

Ja już straciłem nadzieję, że ona znormalnieje.


  • RSS