Właśnie wróciłem z rozprawy o rzekomy dług u K.

Tradycyjnie było „proszę powiedzieć czy za oknem świeci słońce”, a w odpowiedzi „bo wysoki sądzie ja byłam przez byłego męża źle traktowana…”.

„Umie pani odpowiedzieć na pytanie?” „Tak wysoki sądzie, świeci słońce, ale ja chodziłam na grupę wsparcia”. Itd.

I znów wyssane z palca kwoty, rzekomy brak dostępu do konta, podobno wypłaciłem wszystkie pieniądze z konta a ona nie miała za co żyć, nie wiedziała, że zamykam konto, że biorę kredyt na remont (który sama podpisała), i tak dalej i tak dalej…

Wnioskowana kwota to „ugodowo” 30000 bo jak policzyć wszystkie wpłaty to „będzie tak ze 45000″.

Sąd pouczył ją, że to na niej spoczywa udowodnienie tych kwot i odroczył sprawę do listopada. Ma czas na udowadnianie.