tsblog

Perypetie domowe

Wpisy w kategorii: Bez kategorii

Jak pisałem – dostałem „wyliczenie” z sądu ile mam zapłacić ja i ile eks. Po równo. I niemało.

Wyliczenie mało czytelne, jak to pisma z sądu. Ale coś mi nie pasowało, więc przysiadłem z kalkulatorem i zacząłem liczyć.

I wyszło mi, że sąd nie wziął pod uwagę zaliczki jaką wpłaciłem na poczet opinii rzeczoznawcy. Zacząłem się wczytywać, już zacząłem pisać zażalenie na wyliczenie, ale jednak w końcu się doczytałem.

Mianowicie sąd w ostatecznym wyroku postanowił, że do podziału są NIEUISZCZONE koszty. Czyli to co poniosłem w trakcie postępowania to wyłącznie moje zmartwienie. Czyli wychodzi, że za rzeczoznawcę eks zapłaciła X a ja o 400 PLN więcej (bo taka była zaliczka na niego).

I nic się nie da zrobić, bo postanowienie jest prawomocne i po zawodach.

 

Zwracajcie uwagę co Wam sąd orzeka! Jedno słowo a ile zmienia.

Od razu piszę – piekło zamarzło bo na 100% nie miało innego wyjścia.

O cóż chodzi? Ano 2 tygodnie temu eks napisała e-maila, że M chory, więc nie zobaczę się z nim przez jakiś czas. OK, zrozumiałe, i tak jestem pozytywnie zaskoczony, że choruje tak rzadko, wiecie jak jest w przedszkolach.

A tu nagle e-mail z pytaniem, czy nie mógłbym na jeden dzień wziąć go do siebie, bo ona nie może się z pracy zwolnić i nie ma z kim zostawić. Pierwsza myśl byłą taka, że sorry, radź sobie kobieto. Ja już urlopu nie mam na ten rok, pracy przed końcem roku masa, do zamknięcia ważny projekt i nawet jeden dzień, który wypada z kalendarza jest dużym problemem. Ale jednak pogadałem w pracy, poprosiłem w pracy o wolne, do odrobienia i OK, dało się :-)

Stawiam, że nie miała z nikim innym zostawić M, może się mylę, ale raczej nie.

 

A „prezent”? Ano dostałem z sądu pismo, że mam uiścić całkiem sporą sumę tytułem uregulowania kosztów sprawy sądowej o podział majątku. Drugie tyle ma uregulować eks. Najbardziej mnie wk…wia to, że tych kosztów by nie było, gdyby eks się od razu zgodziła na wycenę a nie upierała przy rzeczoznawcy. Szlag by trafił.

Przydał się!

Brak komentarzy

Ha, kiedyś chyba ktoś pytał – po co ten blog. Zresztą – sam siebie czasem pytałem :-)

I okazało się, że się przydał. Kolega ma problem i chciał się dopytać o mediacje – jak to było, kto i jak decydował o nich i tak dalej.
I żeby nie ten blog, to bym nie pamiętał :-)
Pomogłem dzięki blogowi :-D

W końcu doczekałem się odpisu ugody podziału majątku :-) 10 miesięcy czekałem :-)

Minus taki, że koszty postępowania oszacuje jakiś referendarz i trzeba będzie zabulić :-(

Zmiana tematu.

Jak pisałem bodajże we wrześniu, eks (poza sądem) zażądała wyższych alimentów, a ja zgodziłem się dopłacać co miesiąc pewną kwotę. Mniejszą niż chciała, taką jaką uznałem za stosowne. Po prostu żeby nie ciągać się po sądach. Zgodziła się.

I co miesiąc jednym przelewem wysyłałem alimenty, drugim ustaloną kwotę. Tak też zrobiłem w tym miesiącu.

Teraz pyk, powiadomienie, że dostałem e-maila. Sprawdzam i mniej więcej „dlaczego nie zapłaciłeś extra kasy? Mam już gotowy wniosek o zwiększenie alimentów do sądu”. Myślę sobie, coś źle przelałem? A tu dosłownie 10 minut później „OK, doszły”.

Prawie zabawne…

Jak już pisałem zainteresowałem się bieganiem i wciągnąłem w to K.

Niedawno miały być organizowane w naszym mieście takie „mini zawody” dla małych dzieci propagujące ten rodzaj aktywności. Z jednej strony fajnie, że ktoś coś próbuje robić, z drugiej – organizowanie w październiku takiego biegu dla dzieci to trochę chybiona idea…

W komitywie z K poprzestawialiśmy terminy moich widzeń z M bo „mama nie jest zainteresowana”, więc chciałem ja z M pobiec. To dla takich małych dzieci miało być tylko 100 metrów, ale frajda dla smyka olbrzymia.

No i jak się okazało idea organizacji w październiku była chybiona bo w ostatniej chwili odwołano, akurat wtedy nad Polską przechodziły gwałtowne burze. Oficjalny komunikat „może jeszcze będzie, a może nie”, tak mniej więcej :-)

 

Tak się składa, że w wielu miastach Polski, w moim również, z okazji Święta Niepodległości organizowane są okolicznościowe biegi. I od jakiegoś czasu zapisany jestem ja, S i K. No i pech chciał, że ten bieg dla dzieci ktoś postanowił podpiąć pod nasz bieg, tyle, że pół godziny wcześniej. Wyklucza to niestety aby pobiegł ze mną, bo przecież go potem nie mam z kim zostawić. Więc sprzedałem K temat, żeby mama zabrała M na ten bieg. Odpowiedź: „mama powiedziała, że może przyjdzie, jeśli nie będzie miała innych planów”. Szlag mnie trafia jak coś takiego słyszę, w dzień wolny będzie miała jakieś ważniejsze rzeczy do zrobienia niż sprawienie radości własnemu dziecku?

 

Kilka dni temu M mnie rozczulił, a to trudne ;-) Mianowicie w czasie wizyty u mnie w trakcie zabawy spytał „a S przyjdzie?”. Odpowiedziałem, że jest zajęta, ma swoją córkę i musi z nią pobyć. Na to M „to może my pojedziemy?”. Zadzwoniłem do S i od razu dałem M do słuchawki. „Sesć, psyjdzies do nas? A dlacego? A tata mi kupił stałosa, wies?”. I tak dalej… Przyjemnie się takich rzeczy słucha, wielką radość mi sprawia, że zarówno K jak i M akceptują w całej rozciągłości moją partnerkę.

 

 

Ale żeby nie było za różowo i słodko, wpadła też łyżka dziegciu.

Mianowicie jak odwoziłem M do domu dwa dni temu, zaczął mówić coś o bieganiu i pieniążkach. Nie wiedziałem na początku o co mu chodzi, w końcu udało się dogadać, że ma na tablecie grę, co „pan biega i zbiera pieniąski”. I nagle M mnie rozwalił: „mama nie pozwala brać tableta do ciebie, denerwuje się i krzyczy”. Zmieniłem temat bo zaczynał wpadać w płaczliwy ton, ale zrozumiałem, że chce czasem brać zabawki czy tablet do mnie, ale ona mu nie pozwala. Z jakiego powodu? Nie wiem, ale cisną mi się niecenzuralne „bo ona jest po***na”.

 

Ale ogólnie dodając plusy życia i minusy – jestem na plusie :-D

Ech…

Brak komentarzy

Wczoraj K i M byli u mnie.

Wiadomo jak to jest, wygłupy, zabawa, mieszkanie jak po tornadzie po ich wizycie, do czego przykłada się głównie M ;-)

Wczoraj jednym z punktów wizyty chłopaków była instalacja systemu i oprogramowania na komputerze K, co wiązało się z koniecznością uważania, bo mało, że komputer stoi to jeszcze porozciągane kable. Ja generalnie mam „wywalone”, dałem do zrozumienia K, że to jego komputer i ma tak postawić, żeby M nic nie zmalował, bo będzie potem szloch i lament.

Ale wiadomo – K olał, M szalał. Na szczęście nic się nie stało, czasem K musiał krzyknąć na M. M jak to on – strzelał focha a i zdarzyło się, że zagniewany próbował K dokuczyć w inny sposób, chociażby go kopiąc. Nie pomagało tłumaczenie, K więc pytał czy dać w tyłek. M potwierdzał, więc K lekko go klepnął. M na to „nic nie bolało” i dalej kopał K. Ode mnie też raz lekko klapsa zaliczył, zresztą – sam się odwracał… Więc K znów dał klapsa. „Nic nie bolało”. Nie interweniowałem, bo nie było to mocne, bardziej wygłupy niż karcenie. Aż w końcu M poczuł, że to jednak już nie żarty no i łezki pociekły…

Dziś zaglądam do e-maila a tam pisemko od eks. Że M jest w takim wieku, że należy rozmawiać a nie podnosić rękę. Najpierw zdziwienie „a kiedy był/będzie w wieku kiedy podniesienie ręki będzie OK”, potem „ale o co kaman”. Generalnie pismo jak zwykle niegramatyczne i chaotyczne, ciężko sens zdania czasem złapać, ale generalnie zrozumiałem, że chodzi o to, że rzekomo biję M. I mam porozmawiać z K. Tu się akurat zgodzę, bo widzę po K, że mimo, że pokroić by się dał za M to czasem nie zapanuje nad nakrzyczeniem na niego.

Odpisałem grzecznie, że rozmawiam i tłumaczę i nie przypominam sobie abym tak naprawdę podniósł na M rękę. Dodałem również, że skoro już porusza temat bicia, to M jest już w takim wieku, że powtarza co usłyszy. A powtarza mi wiele (nie napisałem co, niech się zastanawia, ale chodziło mi o „tata bije mamę”), więc albo mówi to przy nim i jest to robienie krzywdy dziecku i zniesławienie, albo mówi to jemu wprost i wówczas jest to robienie krzywdy M ale i zwykłe chamstwo i podłość. I jak ma rewelacje, które mi dziecko powtarza (nie wymyśliło sobie przecież tego, musiało usłyszeć od mamy) to niech z tym idzie do sądu zamiast kaleczyć kilkulatkowi psychikę.

Odpisała, że nic się w moim zachowaniu nie zmieniło.

Diecezja ciąg dalszy ;-)

2 komentarzy

Wczoraj dostałem list, z Sądu Diecezjalnego.

 

Eks powołuje dwóch świadków, spośród swoich znajomych. Jeden to dziewczyna (kobieta?), którą widziałem może z 5 razy w życiu, przelotnie. Drugi to inna kobieta, nawet nie mam pojęcia kto to taki :-)

 

Na szczęście dużo się w moim życiu dobrego dzieje, za sprawą M, K oraz S. Z synami mam świetny kontakt, częsty i myślę, że dobry. A z S? Trudno to opisać, ale jesteśmy ze sobą ponad rok i… jest pięknie.

Dziś miałem przesłuchanie w sądzie diecezjalnym w kwestii unieważnienia małżeństwa.

Wiecie, że to kosztuje u nas 1000 PLN na dzień dobry? Taka uboga jest moja eks.

Co do samego przesłuchania – pytania dotyczące całego okresu naszej znajomości. Przyczyny, powody, skutki, rodzina, pożycie, w sumie wszystko.

Odpowiadałem jak na spowiedzi (nomen omen…) bo co tu ukrywać?

Zapisano w papierach, że uważam eks za mitomankę, podałem szybkie przykłady, wskazałem też że w sądzie cywilnym mówi, że woda jest mokra a w diecezjalnym, że jest jednak sucha. Słabe są pisma i argumenty mojej eks.

Teraz znowu czekanie :-)

Tak czekałem, zaglądałem do skrzynki no i się doczekałem ;-)

Rok szkolny się zaczął, wydatki „wzrosły”, więc eks upomniała się o wyższe alimenty. Uzasadnienie oczywiście ogólnikowe, bo wzrosły wydatki na dzieci, bo trzeba coś kupić a ona się pod koniec miesiąca musi zadłużać.

Podjąłem bolesną, ale konieczną decyzję. Wraz z końcem września koniec z fundowaniem K i M wszelkich „nadprogramowych” atrakcji, koniec z przelewaniem kasy na konto K. Chcesz wystartować w biegu? Niech Ci mama da. Chcesz iść gdzieś z kumplami? Niech Ci mama da. Potrzebujesz nowe buty? Niech Ci mama da. Trudne i brutalne ale konieczne.

Poza tym przyszło wezwanie z sądu diecezjalnego na rozprawę dotyczącą unieważnienia ślubu kościelnego. „Stawiennictwo obowiązkowe”, heh. No to pójdę, chociaż nie wiem co byłoby jakbym się nie stawił. Klątwa? Trzy zdrowaśki?

16-go lipca, dokładnie w zasadzie miesiąc temu pisałem, że dostałem z sądu pismo, że odrzuca on wniosek eks o zwolnienie z kosztów jak i zażalenie na odrzucenie ;-)

Wczoraj znów awizo, poczta, okienko, nerwy.

Odbieram, otwieram. Sąd przesłał zażalenie z… marca. Czyli najpierw przysyła odrzucenie zażalenia, potem po miesiącu zażalenie.

Biurokracja ;-)


  • RSS